moje tworki

wtorek, 6 listopada 2018

TAKA NIESPODZIANKA :)

Moi drodzy, niedawno spotkała mnie bardzo miła niespodzianka. Pewnego pięknego  październikowego popołudnia zadzwonił telefon... Cześć, niedługo zadzwoni do Ciebie pani Kasia, dziennikarka z pisma kobiecego.... Aaaaaaaa...... szczęka mi opadła na sam środek podłogi, z takim hukiem, że mnie unieruchomiło. Eeeeee, aaaa....ale jak to? Do mnie? Za chwilę ponownie usłyszałam dźwięk 5th symphony Beethovena w wykonaniu boskiego Davida. Eeeee... aaaaa....słucham ? Dzień dobry, chciałabym się umówić na wywiad o Pani pięknych aniołach - zabrzmiał w słuchawce miły głos. I tym sposobem stało się, przemiła Pani Kasia Jabłonowska napisała piękny artykuł o moich aniołach, który ukaże się w grudniowym wydaniu ,, Kobiety i życia,,, ale z przyjemnością uchylam rąbka tajemnicy :)
Z artykułu możecie się również dowiedzieć, co się działo kiedy mnie tu z Wami nie było, a był to dla mnie bardzo trudny czas.

Tym czasem w pracowni powstają kolejne anioły.

i nie tylko







środa, 24 października 2018

Jesienna nostalgia

   Witajcie po długiej przerwie, jesień nastroiła mnie do powrotu na bloga, zwłaszcza że w tym roku jest wyjątkowa. Podczas mojego ,,niebycia,, wiele się działo, dobrego i złego, nie będę się teraz zbytnio w tym temacie rozpisywać, bo pogoda za oknem piękna i słoneczko miło przygrzewa. Na dziś wystarczy Wam wiedzieć, że zwyciężyłam śmiertelną chorobę bez szans na wyleczenie, a jednak taka ze mnie cho....ra, że się nie poddałam i jestem dzisiaj tutaj z Wami. Przy okazji bardzo chciałam podziękować za wsparcie wszystkim dobrym duchom, zwłaszcza Kasi za to, że potrafiła znosić mój czarny humor, kiedy wszystkim moim bliskim nie było do śmiechu, Kasia - wielkie dzięki, bez Ciebie nie byłoby tego zwycięstwa :). Teraz ze względu na fakt, że organizm dostał podczas leczenia nieźle w kość musiałam zwolnić tempo, jednak całkowicie nie leniuchuję, co środę z radością i w podskokach biegnę do pobliskiego muzeum na spotkanie  kółka rękodzieła o pięknej nazwie ,, Kołowrotek,, które założyła Ela/Zosia prowadząca blog ,,Prząśniczka,,.
Dzięki dziewczynom z kółka spełniłam swoje kolejne marzenie, a mianowicie nauczyłam się dziergać na szydełku, co prawda daleko mi do perfekcji, ale radość moja nie ma granic :) , na dowód czego załączam zdjęcie zakładki zrobionej dla mojej kochanej córci,

Tyle na dziś i do przeczytania  wkrótce :)

piątek, 27 lipca 2012

Pracowity tydzień

W tym tygodniu wraz z koleżanką Elą prezentujemy nasze wytworki podczas Tygodnia Kultury Kaszubskiej w Kartuzach. Dziś krótka fotorelacja.

Zorganizowałyśmy krótki kurs filcowania na sucho.
Odwiedzili nas mili goście - zespół folklorystyczny Słunoszka ze SP nr2 w Kartuzach.
Jutro ostatni dzień imprezy, jeśli przebywacie w pobliżu serdecznie zapraszamy. Zakończenie około godziny 15.

czwartek, 19 lipca 2012

Spotkanie z aniołem


Dzisiaj na zakręcie spotkałam anioła. Spotykałam go już wcześniej, ale nie wiedziałam, że to anioł. Nie miał jeszcze skrzydeł, czekał...,Nie wiedział że kształt jego skrzydeł dopiero rodzi się w myślach pewnej zmęczonej życiem i chorobą, cierpiącej kobiety. Kobieta często się uśmiechała, mimo wielu przeciwności losu zawsze była bardzo pogodna, lubiła dziergać to i owo na drutach. Jej dzieci często znajdowały pod bożonarodzeniową choinką ręcznie wydziergane skarpetki i szaliki, bo czasy były ciężkie i na wyszukane zabawki nie zawsze starczało kobiecie pieniędzy. Później przyszły czasy skromnej renty, gromady wnucząt. Pod świątecznym drzewkiem pojawiły się maleńkie skarpetki z owczej wełny, które z każdym rokiem stawały się coraz większe i ich liczba z roku na rok się zwiększała. Pewnego dnia kobieta odeszła... Wiecie po co? Czekały na nią anioły, właśnie te bez skrzydeł... W swoim wygodnym fotelu siedzi i dzierga skrzydła, zręcznie wymachując drutami spod szerokiego ronda swego kapelusza.Uśmiecha się przy tym serdecznie dając mądre rady aniołom, a dookoła unosi się zapach pieczonej drożdżówki.
Pojechałam dziś na spotkanie w sprawie ,,indywidualnego planu działania,, który jest częścią pewnego unijnego projektu. Spodziewałam się spotkać sztywniaka w garniturze, a tam czekał na mnie anioł z wydzierganymi na drutach skrzydłami. Miał dla mnie mądre rady, wypłakałam się na jego miękkim skrzydle. Pachniał drożdżówką..... Nie uwierzycie... na nogach mam wełniane skarpetki z owczej wełny....nie wiem skąd się wzięły...

Babciu.... dziękuję... Twoja wełna cudnie pachnie...
Z reszty włóczek zrobię moim aniołom włosy i szaliki.

Bacha, jesteś boska, chyba sama nie wiedziałaś, że masz skrzydła... dziękuję.


środa, 25 kwietnia 2012

Unijny Maraton

 Wydawało by się, że wiejskie życie biegnie sobie spokojnie, powolutku, w ciszy... Pewnie dalej by tak sobie spokojnie biegło gdybym nie nabrała chęci na zrobienie na tym moim wymarzonym skrawku ziemi czegoś konkretnego. Od marzeń do realizacji co prawda dłuuuuga droga, ale co tam, ,,raz kozie śmierć,, trzeba marzenia przekuć w rzeczywistość. Poza tym chyba każdy człek chciałby po sobie pozostawić na tym ziemskim padole jakiś namacalny dowód swojej bytności. Tak więc zmotywowana troszkę przez nagłe odejście z tego świata mojej ukochanej babci zbieram się do zorganizowania jakiegoś przestronnego miejsca na wspólne rodzinne biesiady i nie tylko. Ktoś musi kontynuować rodzinne tradycje... :).
Jakiś czas temu zapisałam się na kurs ,,turystyka jeździecka,, głównie po to, aby nauczyć się prawidłowej opieki nad końmi. Żeby się tam zapisać trza było zostać rolnikiem - tak więc do mojego etatu ,,house manager,, doszedł drugi w postaci rolnik - niewykwalifikowany :), (ale kwalifikacje nabierają tempa od czasu mojej przeprowadzki na wieś :)). Na kursie mamy warsztaty z zakresu turystyki wiejskiej, ale grupę mamy bardzo zorganizowaną i z reguły każdy temat potrafimy przerobić na swoją modłę, czyli dotacje z UE.
  Plan był taki, żeby sobie ten temat przetrawić i za jakiś czas pomalutku w temacie podziałać. Jednak środki do 2013 się kończą, co będzie dalej nie wiadomo, więc trza kuć żelazo póki gorące.
Więc co tu dużo pisać, do 15 maja muszę napisać wniosek :) Oj, będzie gorąco ! Tempo tego maratonu od urzędu- do urzędu musi być zawrotne, bo inaczej z planu wyjdą nici. Dlatego moi mili podczytywacze w najbliższych dniach mało mnie będzie w blogowym świecie, chyba że będę co i rusz nagabywać kogoś z Was o jakąś dobrą radę. Trzymajcie kciuki co by się te plany ziściły !

P.S.
Całe życie jestem niepoprawną optymistką :)

sobota, 21 kwietnia 2012

O przemijaniu...

    Może to niezbyt odpowiednia pora na taki post kiedy wszystko właśnie budzi się do życia, a może jednak jest to pora najbardziej odpowiednia.... na piękne przemijanie... Na przemijanie w otoczeniu kochających nas ludzi, bo w takim gronie nawet cierpieć mozna dumnie i pięknie... Kiedy wiemy, że nasze życie miało sens, chociaż nigdy zanadto nas nie rozpieszczało, zwłaszcza jeśli młode lata przeżyliśmy w czasach wojny i powojennej zawieruchy, kiedy zostaliśmy osieroceni w młodym wieku i dzieciństwo przeciekło nam gdzieś między palcami w obcym niemieckim domu gdzie imalismy się wszelkich zajęć, aby przetrwać.
   Póżniej była piękna powojenna miłość, gromadka kochających dzieci, ciepło domowego ogniska które można było stworzyć nawet w trudnych wtedy warunkach, kiedy chleb ze smalcem smakował jak najprzedniejsza szynka, bo w tym smalcu było serce, miłość i troska..., kiedy najskromniejsze stroje nosiło się z wrodzoną sobie elegancją i kapelusze.... kapelusze....do każdej kreacji, nawet najskromniejszej....gracja, smak i szyk....zawsze...
    I kiedy wydawało się, że może być już tylko lepiej odeszła osoba najbliższa sercu.... znowu lęk przed samotnością, obawa o jutro... o najmłodsze z dzieci..., ale ukojeniem było ciepło zaszczepione w dzieciach, które potrafiło utrzymać ogień domowego ogniska i dawało spokój, siłę oraz nadzieje na lepsze jutro...
   Dzieci podrosły, przeniosły to ciepło do swoich domów, przekazały je kolejnym pokoleniom. To rozniecone dawno temu domowe ognisko dawało wielką moc, wielką siłe...pozostało jedynie czuwać nad tym ogromnym ciepłem bijącym z rodziny... i być dumnym, że przeżyło się życie wspaniale mimo tak wielu przeciwności losu. Zawsze w kapeluszu.... z gracją....
   I kiedy zaczęło się cierpienie nie było bólu..., był uśmiech...,było ciepło...., ogromna duma... i jak zawsze szyk i elegancja....
   Babciu, dziękujemy za to ciepło które nam dałaś...zawsze będziesz w naszych sercach.... 
   

piątek, 24 lutego 2012

Kurcze Pieczone , zielono mi...

Hmmm... efekt ostatnich eksperymentów...  Kurcze Pieczone w kawowo- cynamonowej marynacie z dodatkiem wanilii :)


Hafciarka ze mnie marna, ale jakoś wyszło  :)

A że słonko dziś przygrzewa, to zielono mi...

Dziś to by było na tyle. Jutro pakuję manatki i zmykam do Eli uskuteczniać ,, hiszpańskie malowanie,,  Hmmm....wrobiłaś mnie kochana w prowadzenie tego kursu.... Ja mam sklerozę postępująca, ponieważ wiekowa się robię po mału i nie wiem czy jeszcze pamiętam jak te hiszpańskie kurasy się produkuje :).